Obudziłyśmy się z silnym postanowieniem: koniec z przygodami! Od teraz będziemy zwiedzać, jak prawdziwe turystki. Po ogromnym śniadaniu (bardzo drogi hotel ma jednak swoje zalety takie jak, pomijając dobre śniadanie, łazienka w pokoju z najprawdziwszą i najnormalniejszą toaletą na świecie i z papierem toaletowym, balkon z niesamowitym widokiem na prawie całe Baku:
i klimatyzacja) udałyśmy się zatem na poszukiwania informacji turystycznej z zamiarem (poważnie!) wykupienia zorganizowanej wycieczki po okolicy. Marzyłyśmy o tym, żeby wtopić się w tłum bladoskórych turystów i przestać być atrakcją dla ludzi spotykanych na ulicach. Było południe. Po godzinie byłyśmy z powrotem w hotelu. Okazało się, że w mieście wszystko o tej porze jest zamknięte. Nikt nie pracuje. Za gorąco. My również postanowiłyśmy przeczekać ten potworny upał w klimatyzowanym pokoju. Po południu słońce nadal mocno prażyło, ale powoli na ulice zaczęli wychodzić ludzie. Baku jest ciekawym miastem. Niesamowicie eklektycznym. Jest tam malutkie i ciasne Stare Baku (w którym mieszkałyśmy), mnóstwo nowoczesnych szklanych domów (które przewidział Żeromski), a także budynków rodem z socrealizmu i prawdopodobnie z każdej innej epoki. Baku wciąż się rozwija – panorama miasta, którą podziwiałyśmy jest już inna niż ta z pocztówek, a gdy odwiedzimy je znów możemy go równie dobrze nie poznać, bo tyle dużych konstrukcji jest teraz w budowie.
Miasto musi być strasznie bogate, a jednocześnie nie widać w nim ani turystów, ani międzynarodowych obywateli. Z wyglądu to metropolia, ale w odróżnieniu od wielkich miast europejskich nie jest wielokulturowa. Jedynym językiem, który słyszy się na ulicach jest typowy wyłącznie dla stolicy język rosyjski z dużymi naleciałościami azerbejdżańskiego. Mimo że obyczaje są tu zdecydowanie luźniejsze niż w pozostałej części kraju (na ulicach SĄ kobiety i to w bardzo skąpych strojach), nasza obecność nadal budziła ogromne zainteresowanie. Plany wtopienia się w tłum niestety legły w gruzach – biura turystycznie nie oferują zorganizowanych wycieczek, a żadnego tłumu turystów do wtopienia się nie znalazłyśmy. Z turystycznych atrakcji skorzystałyśmy jedynie w postaci krótkiego rejsu po Morzu Kaspijskim podczas którego podziwiałyśmy słynną panoramę miasta (Kapuściński napisał o tym ładnie, że Baku wygląda jak amfiteatr rozciągający się wokół sceny, którą stanowi morska zatoka):
To byłby wyjątkowy dzień, gdybyśmy nie zostały przez nikogo zaczepione. Tym razem był to miły starszy pan, który dorwał nas gdy podziwiałyśmy wieżę dziewiczą w starym Baku. W przewodniku napisano, że przeznaczenie wieży nie jest znane, za to miły pan opowiedział nam dokładnie legendę związaną z jej powstaniem (nie do końca ją zrozumiałyśmy z uwagi na to, że rozmowa toczyła się w języku rosyjsko-azerbejdżańskim, co istotne wszystko zaczęło się od lądowania meteorytu w Australii, po drodze było jeszcze coś o umieraniu mężczyzn, matriarchacie i uwalnianiu się gazu z ziemi). Rozmowa zakończyła się na religii (wszyscy w Azerbejdżanie poruszają ten temat – mam wrażenie, że próbują zapewnić nas, że nie przeszkadza im fakt istnienia innej wiary niż islam, bo, jak tłumaczą, Bóg jest tylko jeden, a w ostateczności i tak ocali nas Allah).
Na kolację doskonałe kebaby (stolica Azerbejdżanu jest potwornie droga, więc nawet nie próbowałyśmy szukać tam restauracji, jest za to mnóstwo tureckich barów szybkiej obsługi), a później już tylko arbuz (pyszny) i azerskie wino Ivanovka (obrzydliwe) w hotelowym pokoju (ze strachu przed wzbudzeniem zainteresowania przez dwie kobiety samotnie pijące alkohol w barze) oraz lektura przewodnika przygotowująca do samodzielnej wyprawy następnego dnia.
Ja chcę do Was. Moze przegapilam gdzies po drodze jakas informacje, ale na dlugo pojechalyscie do Azerbejdzanu?:)
OdpowiedzUsuńmy już niestety w Polsce.. W Azerbejdżanie byłyśmy w sumie 6 dni. Ciąg dalszy wkrótce:)
OdpowiedzUsuń