Mccheta była kiedyś stolicą Gruzji, czego zupełnie po niej nie widać. Stare miasto zostało zbudowane od nowa za olbrzymie pieniądze z UNESCO jest więc tak naprawdę młodsze od całej reszty miasta. Teraz znajdują się tam najdroższe mieszkania w okolicy i każdy bogaty Gruzin z Tbilisi chce się tam przeprowadzić. Jedynym rzeczywiście starym budynkiem jest kamienna katedra Sweti Cchoweli. Wyczytaliśmy w przewodniku, że na zachodniej części południowej elewacji katedry znajduje się swastyka, którą bardzo chciałam sfotografować ze względu na naszą misję. Po kilkukrotnym obejściu katedry dookoła, wspomagając się mapą, przewodnikiem i kompasem (co wzbudziło też zainteresowanie innych turystów) udało nam się odnaleźć ornament ze swastyk:
Bardzo z siebie zadowoleni, mieliśmy w planach powrót do Tbilisi, ale wstąpiliśmy jeszcze na chwilę po mapy do punktu informacji turystycznej. Tam zaczepił nas Gabriel, który przedstawił się jako historyk i etnograf i zaoferował, że zawiezie nas do pobliskiej katedry Dżwari. Ponieważ nie ma innej możliwości dotarcia tam, a widoki ze wzniesienia, na którym stoi klasztor są niesamowite, ruszyliśmy ochoczo za Gabrielem. Obwiózł nas on po okolicy, zahaczając jeszcze o żeński klasztor prawosławny Samtawro i opowiadając nam sporo o ich historii (po rosyjsku) przy gruzińskiej muzyce folkowej. Potem co prawda Gabriel zaoferował, że może zawieźć nas do Batumi w jeden dzień zwiedzając przy tym prawie całą Gruzję i nie chciał nas wypuścić z samochodu dopóki się nie zgodzimy, ale grzecznie powiedzieliśmy, że „my podumamy” i udaliśmy się w drogę powrotną do Tbilisi.
Na obiad obowiązkowo chinkali, tym razem w starym kinie, przerobionym na restaurację pamiętającą czasy sowieckie (i absolutnie w takim klimacie) w towarzystwie Karoliny i Mariusza, a także drugiej pary z Polski – Dagmary i Kuby. Te dwie pary poznały się na forum internetowym dotyczącym Gruzji i umówiły (razem z trzecią parą, która miała dojechać następnego dnia) na wspólne zwiedzanie tego kraju wynajętym samochodem. Samochód, który zaproponował im gruziński pośrednik wyglądał tak (rysunek poglądowy autorstwa pośrednika):
Po obiedzie (w międzyczasie padł pomysł, żebyśmy razem pojechali następnego dnia zobaczyć jeden z kaukaskich pięciotysięczników), sjeście w hotelu (podczas której uruchomiliśmy siatkę tbiliskich pośredników, aby znaleźć dwa samochody, które nas na ten Kaukaz zawiozą) i kolejnym obiedzie, czyli gdzieś w okolicach 22.30, postanowiliśmy wybrać się na górę Mctaminda, żeby zobaczyć z bliska wieżę telewizyjną, którą w nocy widać z każdego zakątka Tbilisi. Myśleliśmy, że to blisko. Autobus jednak jechał i jechał, wspinając się coraz wyżej po krętej drodze, a gdy dojechaliśmy, okazało się, że ostatni autobus powrotny mamy za 20 minut. Zatem sprintem do wieży. A tu niespodzianka – na górze jest park rozrywki (nieczynny już o tej porze), wpadliśmy więc w labirynt uliczek, otoczonych makabrycznymi, podświetlonymi złowrogo, ogromnymi figurkami z bajek. Po przedarciu się przez tą groteskowo-horrorowatą scenerię dotarliśmy do wieży, skąd roztaczał się niesamowity widok na rozświetlone Tbilisi. Na autobus zdążyliśmy.
Po powrocie do centrum, udaliśmy się jeszcze do kantoru, wstępując po drodze do kiosku po piwo. Nie było dla nas zaskoczeniem, że znów ktoś nas tam zaczepił, słysząc, jak rozmawiamy między sobą po polsku. A zaczepiło nas dwóch Białorusinów. Od razu ucieszyli się, że jesteśmy ich sąsiadami i braćmi i zaczęli to ogłaszać wszystkim osobom obecnym w sklepie. Jeden z nich z dumą zaprezentował nam napis na koszulce: "Lepiej mieć brzuch od piwa niż garb od roboty" i śmiał się, że Poliaki w Gruzji addychajet a Bielarusini rabotajet. Okazało się, że pracują oni w Borjomi przy budowie wielkiego centrum handlowego dla córki szejka z Azerbejdżanu. Potem rozmowa zeszła na politykę i włączyli się do niej wszyscy Gruzini wypełniający ciasny kiosk. Każdy ponarzekał na swojego prezydenta, pośmialiśmy się, a sprzedawczyni powiedziała: Riebiata, przychodźcie częściej! i zaczęliśmy się żegnać. Białorusini chcieli nas koniecznie wyciągnąć na dalsze bratanie się, wiedzieliśmy jednak jak to może się skończyć, więc z bólem serca odmówiliśmy.